Związek z kimś zawsze był dla mnie czymś w rodzaju karuzeli.
Związek z kimś zawsze był dla mnie czymś w rodzaju karuzeli. Wsiadasz i świat zaczyna kręcić się szybciej, a Ciebie raz to bawi, a raz nuży. Cóż... w rzeczywistości problem zyskuje rzecz jasna o wiele większą głębie, ale puenta brzmi podobnie: jest różnie. Nie ma nieustającej sielanki. Oj nie ma...
X był cudownym człowiekiem i ta świadomość sprawiała, że kochałam go jeszcze bardziej, co nie znaczy, że nie zdawałam sobie sprawy z jego wad. A miał ich (jak każdy) wiele... Najbardziej przeszkadzał mi chyba jego brak empatii i to, czego w związku obawiałam się zawsze najbardziej: całkowite poleganie na mnie i wychodzenie z założenia, że JA PRZECIEŻ DAM SOBIE RADĘ.
Ja nie twierdzę, że muszę być nieustannie trzymana za rączkę, głaskana po główce i muszę otrzymywać ciągłe zapewnienia, że będzie dobrze. Ale odrobina troski z jego strony byłaby niekiedy wymagana. Tymczasem cokolwiek by się nie działo, on ze spokojem utrzymywał, że skoro krzywda mi się nie dzieje, to przecież doskonale dam sobie radę i naprawdę nie ma się o co martwić, ani czym zawracać głowy. Z kolei gdy w grę wchodził ON, to...uuu... Wtedy musiałam go pernamentnie wspierać, trzymać za rączkę i być przy nim, być! bo przecież od tego jestem… byłam…?
Całkowity brak empatii. Jego sprawy, jego interesy, jego cele, jego marzenia - to były priorytety. Ja rzecz jasna mogłam mieć własne, ale nie powinny kolidować z nami - NIM. To znaczy, że ja miałam być niczym ta Hestia, która opiekuje się naszym małym, domowym ogniskiem, na mojej głowie dbanie o to, aby wszystko grało jak trzeba, on ewentualnie się podporządkuje, ale sam z siebie nie potrafi wiele wykrzesać.
Chwilami miałam wrażenie, że użeram się z małym chłopcem, który jest w dodatku nieobliczalnym egoistą. Potrafił myśleć wyłącznie o swoim dobru, o swoich interesach, a mnie ustawiał, tak jak jemu jest wygodnie i jak jemu najbardziej pasuje. Ponadto był psem ogrodnika, co próbował ukryć, ale zazwyczaj średnio mu wychodziło. Najboleśniejszy był dla mnie fakt, że we wszystkim moich rozterkach, on wcale mi nie pomagał.
Dziś… kiedy już po wszystkim, jestem na życiowym zakręcie. Doszłam jednak do pewnych wniosków: najpierw uporam się z własnym życiem, a dopiero potem rozpocznę „wspólne”. Niestety – w tym naszym wspólnym życiu nie było dla MNIE miejsca.

Masz prawo do pisania w każdym dziale tego portalu!
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.