I can’t live
czwartek, 04 marca 2010 13:01
I can’t live
If living is without you
I can’t live
I can’t give anymore.....
Do “Żabki” zdążyłam, używki nabyłam i “jakoś” żyję, chociaż raczej nijak. Bo chociaż wytaplanie się w bajorze własnych problemów, kompleksów, hipotez, myśli i alkoholu stanowi swoiste katharsis, to jest ono bardzo krótkotrwałe. Ale w sumie… czasami szczere robienie żałosnych rzeczy jest mniej żałosne niż udawanie, że nie ma się takich potrzeb. Dlatego dotoczywszy się wczoraj do domu potrzebowałam tylko 3 elementów do sklecenia protezy szczęścia: DVD z I częścią „Bridget Jones”, pilota i korkociągu. Działało, ale tylko do pewnego momentu: kiedy u Bridget wszystko zaczęło się układać, poczułam, że to ponad moje siły i na złość wszystkim szczęśliwie zakochanym osobom, które przejmują się swoim wyglądem wieczorową porą, poszłam spać w ubraniu i makijażu (a co, teraz mogę, kogo to obchodzi!)
Rano nastąpiło bolesne (w każdym możliwym znaczeniu i sensie) zderzenie (to na szczęście można czytać już mniej dosłownie) z rzeczywistością, czy raczej brzydką, zgorzkniałą „rzeczywistochą”. Czułam się jak kot w pustym mieszkaniu z wiersza Szymborskiej: „Coś się tu nie zaczyna/ w swojej zwykłej porze./Coś się tu nie odbywa/jak powinno./ Ktoś tutaj był i był/ a potem nagle zniknął/ i uporczywie go nie ma.”
Poszłam do łazienki, a tam patrzą na mnie z wyrzutem jego szczoteczka do zębów i wysłużona maszynka do golenia. No ale spokojnie, przecież nie rozkleję się pod wpływem przyborów higienicznych, trzeba zachować resztki godności. Nie będę upodabniać się do Moniki z „Przyjaciół”, która po rozstaniu z Richardem dostała histerii wygrzebując z odpływu wanny kłąb jego włosów. Relax, take it easy. Kierunek: kuchnia. Trzeba się jakoś reanimować po tym filmowym zalewaniu chłopaka/robaka zeszłej nocy, zrobię sobie solidną kawkę i zapalę papieroska, typowe singielskie śniadanie. Aha…została tylko jego kawa mielona, nie ma mojej rozpuszczalnej Nescafe. Zawsze strasznie mnie denerwowało, że Mr Little pije coś takiego; raz nawet zrobiłam mu scenę o przestarzałe nawyki żywieniowe, ale dzisiaj z przyjemnością zrobię sobie kawę po turecku – skoro jemu smakowała, może nie jest taka zła. Ale trzeba by jednak coś zjeść, zobaczmy, co mamy w lodówce… Jezu,nie…Pierogi od jego mamy, zapakowane jakby miały przebyć kawał świata przytwierdzone do siodła jakiegoś wędrowca. To jego ulubione, ruskie. Miały być na weekend… Trzymam się, trzymam się. Do tego same pozostałości po jego ostatnich zakupach. Jakie to było urocze, jak pojawił się o 22:00 z tą wielką torbą pełną jedzenia, za którym sam nie przepadał, ale wiedział, że sprawi mi przyjemność: brokuły, szpinak, dużo serów, bagietki...Uspokój się, idiotko! Rzucił cię, tak?! To przestań się tu rozczulać nad jego altruizmem i uczynnością, bo to śmieszne.
Usiądę sobie przed telewizorkiem i nie będę się niczym przejmować. Ale czemu tu jest taki… Aha. Cudownie. Kończył u mnie ostatnio jakiś projekt i teraz zamiast mojego pięknego wielkiego stołu mam górę papierów. Co gorsza, on będzie musiał po to przyjść! I ten dziwny zapach… „za mną chodzi, nie mogę się uwolnić”, ale to bynajmniej nie jest Hattrick… W nucie głowy rozpoznaję zgniłe owoce, które zawsze zostają po jego nocnych szałach twórczych, nuta serca już bardziej skomplikowana, ale…wiem! Pod tymi papierami - jak popiół na spodzie ogniska- na pewno leżą co najmniej 4 przelewające się popielniczki które ten kleptoman nałogowo kradnie z klubów. A wypełniają je skręcane przez niego własnoręcznie papierosy z cudownie aromatycznym wiśniowym tytoniem; choć nie zwija ich, jak Kubanki, na nagim, opalonym udzie, to i tak mają niepowtarzalny zapach. A bazą tej specyficznej kompozycji jest ten jedyny, wyjątkowy, JEGO prywatny zapach, który najwidoczniej sączy się ciągle z rzuconych gdzieś kiedyś w kąt (bo po co odkładać na krzesło czy do szafy) ciuchów. Chyba pójdę po Brisse Essence, bo w takim mikroklimacie nigdy nie dojdę do siebie…
Nawet usiąść nie ma gdzie, bo kanapa to chyba ostatnie miejsce, na którym mogę się oderwać od rozmyślań o Mr Little - tego mebla przecież najczęściej używaliśmy… Nie, nie będę siedzieć na podłodze i beczeć, to już byłby szczyt! Ale z drugiej strony – może trzeba przejść ten etap, przecież nie wynajmę komuś domu na czas tego mojego przymusowego „Rehab”. Co mnie nie zabije, to wzmocni.
No to sru – jak mówi kot z Heyach. Zapodaję rozstaniowe piosenki – tak jak gorączkę trzeba wypocić, tak ten żal też muszę z siebie wydalić wszystkimi porami skóry, bo inaczej ciągle będę „zainfekowana”. Na początek „I miss you like crazy, I miss you like crazy, Ever since you went away, every hour of every day...” Teraz Ania Dąbrowska: “ muszę zapomnieć wszystko, co mi powiedziałeś, może zapomnę kiedyś o tym, że istniałeś”. Nieco mniej łzawo Avril:
“You were everything, everything that I wanted
We were meant to be, supposed to be, but we lost it
All off memories, so close to me, just fade away
All this time you were pretending
So much for my happy ending “.
I na koniec zostaje oczywiście Antidotum; oby podziałało:
„Zrzucę ciężar Twych kłamstw
Powtarzanych co dnia
Zacznę wierzyć w to, że
Żyć bez Ciebie się da”
| « poprzednia |
|---|

Masz prawo do pisania w każdym dziale tego portalu!